Poezja Stachury

W tym dziale znajdują się wybrane wiersze Edwarda Stachury ułożone w kolejności alfabetycznej. W przyszłości umieszczę spis tytułów oraz łącza do poszczególnych utworów. Na razie niestety wszystkie wiersze zamieszczone są jeden pod drugim... Co może jednak zachęcić do zapoznania się ze wszystkimi wybranymi przeze mnie utworami... :)
Aha, nie znajdziecie tu niestety poematów StEda ze względu na ich obszerność... Szczególnie polecam mój ulubiony poemat "Kropka nad ypsylonem"... To po prostu trzeba przeczytać!
W drugim dziale znajdują się za to fragmenty prozy. Zainteresowanych odsyłam do fantastycznego serwisu Poemy lub do mnie po tomiki.... :)


Bezmiar

O godzino której nie znam.
Co zaciska pętle wokół
mej szyi, szal pożądania.
A twe włosy, kłosy zboża
co bym chętnie jadł.
Po oddaniu do młynarza.
I z tej mąki co powstałej,
schrupał ten smaczny wypiek.
Co zastąpi głód jedzenia
Ciebie po kawałku

 

Boska akademia

Tak mnie zabijasz
westalko życia praktycznego
jakbyś mnie ulubiła wyrodnego
i tak mnie budowała ulubieńca
na podobieństwo traw bezradnych

a przecież dla mnie akademia
to są wiatry cztery glorie
ponad inne narzeczone
u wierzchołków świętowanie u madonnit

i przecież dla mnie
niech się tam hanza wypasa praktyczna
i federacje szczurów te hieny

tylko dlaczego tak jest o, bogowie

 

Czas płynie i zabija rany

Posłuchaj, porzucony przez nią,
Nieznany mój przyjacielu:
W rozpaczy swojej
Nie wychodź na balkon, nie wychodź,
Do bruku z góry nie przychodź, nie przychodź,
Na smugę cienia nie wbiegaj,
Zaczekaj, trochę zaczekaj!

Poczekaj, porzucona przezeń,
Nieznana mi przyjaciółko:
W rozpaczy swojej
Nie wychodź na balkon, nie wychodź,
Do bruku z góry nie przychodź, nie przychodź,
Na smugę cienia nie wbiegaj,
Zaczekaj, trochę zaczekaj!

Przysięgam wam, że płynie czas!
Że płynie czas i zabija rany!
Przysięgam wam, przysięgam wam,
Przysięgam wam, że płynie czas!
Że zabija rany - przysięgam wam!

Tylko dajcie mu czas,
Dajcie czasowi czas.
(Zwólcie czarnym potoczyć się chmurom
Po was, przez was i między ustami,
I oto dzień przychodzi, nowy dzień,
One już daleko, daleko za górami!)
Tylko dajcie mu czas,
Dajcie czasowi czas,
Bo bardzo, bardzo,
Bardzo szkoda
Byłoby nas!

 

Człowiek Człowiekowi

Człowiek człowiekowi wilkiem
Człowiek człowiekowi strykiem
Lecz ty się nie daj zgnębić
Lecz ty się nie daj spętlić

Człowiek człowiekowi szpadą
Człowiek człowiekowi zdradą
Lecz ty się nie daj zgładzić
Lecz ty się nie daj zdradzić

Człowiek człowiekowi pumą
Człowiek człowiekowi dżumą
Lecz ty się nie daj pumie
Lecz ty się nie daj dżumie

Człowiek człowiekowi łomem
Człowiek człowiekowi gromem
Lecz ty się nie daj zgłuszyć
Lecz ty się nie daj skruszyć

Człowiek człowiekowi wilkiem
Lecz ty się nie daj zwilczyć
Człowiek człowiekowi bliźnim
Z bliźnim się możesz zabliźnić

 

Deszcz tropikalny

Pochlebnie przelewasz się Ty
W silnych ramionach baobabów
Rozpiętych nade mną jak rynny

I chyba pozostanie już
niedościgniony mój język pod chmurami

Bo to nie są chwile
a tym bardziej witraże zazdrości
po których można błądzić świecą
w poszukiwaniu gwiazd i pająków
na lekcję anatomii

 

Ech

Ech osiedla ech kolory
Ech anioły ech potwory
Ech cudowne manowce
Ech straszliwe marnowce
Ech gwiazdo chleba
Ech kromko nieba
Ech nieznana ukochanko
Ech ostatnia mohikanko
Ech tango triste
Ech napisz list

Że wszystko jak sen jak sen
Że wszystko zawodne
To wiem to wiem

Rękojmia bezstronna niezłomna
Niezłomny bezstronny rękojmi
Ech niezawodna!
Ech niezawodny!

 

Gdziekolwiek

Gdziekolwiek jesteś,
Wyjdź za bramę!
Idź na pola,
Słysz wołanie!
To ja wołam.

Gdziekolwiek jestem,
To mnie nie ma.
Jest maglina.
Bo cię nie ma.
Jest pustynia.

Gdziekolwiek jesteś,
Też cię nie ma.
Jest maglina.
Bo mnie nie ma.
Jest pustynia.

Gdziekolwiek jestem,
Tam ty jesteś.
Tak jesteśmy
Jak milczenie
Po tej pieśni.

Jak dwa jabłka
Na czereśni.

 

Grabarze wypowiedzieli wojnę nieśmiertelności duszy

Bóg chciał że umarł organista kościelny

Dusza jest na pewno na języku
rzekł jeden
- co ty
w uszach -
- nie
w oczach -
- skąd
w nosie -
- przepraszam rzekł piąty
dusza jest w złotych zębach
I wyjęli grabarze duszę

- Teraz chodźmy się napić eliksiru życia

(Autor grabarzy nie wini)

 

Jesień

Zanurzać zanurzać się
w ogrody rudej jesieni
i liście kolejno
jakby godziny istnienia

Chodzić od drzewa do drzewa
od bólu i znowu do bólu
cichutko krokiem cierpienia
by wiatru nie zbudzić ze snu

I liście zrywać bez żalu
z uśmiechem ciepłym i smutnym
a mały listek ostatni
zostawić komuś i umrzeć

 

Jest już za późno, nie jest za późno

Jeszcze zdążymy w dżungli ludzkości siebie odnaleźć,
Tęskność zawrotna przybliża nas.
Zbiegną się wreszcie tory sieroce naszych dwu planet,
Cudnie spokrewnią się ciała nam.

Jest już za późno!
Nie jest za późno!
Jest już za późno!
Nie jest za późno!

Jeszcze zdążymy tanio wynająć małą mansardę
Z oknem na rzekę lub też na park,
Z łożem szerokim, piecem wysokim, ściennym zegarem;
Schodzić będziemy codziennie w świat.

Jest już za późno!
Nie jest za późno!
Jest już za późno!
Nie jest za późno!

Jeszcze zdążymy naszą miłością siebie zachwycić,
Siebie zachwycić i wszystko w krąg.
Wojna to będzie straszna, bo czas nas będzie chciał zniszczyć
Lecz nam się uda zachwycić go.

Jest już za późno!
Nie jest za późno!
Jest już za późno!
Nie jest za późno!

 

Kochankowie

Katedro! szerokobiodra kobieto
o czterech smukłych nogach
Zielone dłonie jaszczurek
przemycają światłość twego brzucha
ascetycznym handlarzom

Rozkosze zdziwienie palców
spada w pionowość pleców - mrocznych witraży
do posadzki
na której czerwień twych włosów
zastyga w dymiący ochlap baranka

A wysoko miedzy lukami
na pajęczych siatkach
dojrzewa w purpurowych kokonach
owoc na wypełnienie ostatecznego naczynia

 

Lato

Nie ukruszone nic przez wojny lokalne
i słówka pstrokate tych usadowionych
woli się moje ucho poważniejsze
w błony pędzącego trzmiela spowijać

Ja bym to może nazwał : słuchanie
albo słuchanie trzmiela lecącego
albo latanie chłopca słyszącego
ale nigdy: muzyka rozrywkowa

Bo tu jest właśnie to jedno nie drugie

 

Metamorfoza

Góra
chmury pękały czarne
coraz czarniejsze
jakby koni frygijskich groźne tabuny
aż grom
przeszył obraz nie dokończony jeszcze
a model spadał
głową w dół
w płótno
i wrósł
w ciepłe jeszcze kontury
nagłego olśnienia

To był ranek
a ty się śmiałaś do mnie z portretu

 

Morze martwe

Byłabyś gdyby tak było
ale ty jesteś z emalii i sadza wokół
ale ty jesteś z emalii i sadza wokół
już mi się prawie nie pokazujesz
przezroczysta ty moja

i jaka możność teraz dla moich talentów
już ręce pogubię i inne okręty
i jaka możność teraz dla moich diamentów
próchniejących pod sadzą skąd takie śnieg

Jesteś gdyby tak nie było
byłabyś tu i wokół byłabyś

 

Musisz mi pomóc

Kocham za siebie, kocham za ciebie,
Kocham jeden za dwoje.
Słońce po niebie, księżyc po niebie,
Gwiazdy po niebie, chmury po niebie -
Wszystko spoczywa na mojej głowie!

Musisz mi pomóc, musisz mi pomóc,
Swoją miłością musisz mi pomóc;
Musisz pokochać mnie więcej,
Bliżej wyciągać kochane ręce
Musisz!

Sam nie podołam, sam nie dam rady
Unieść tyle miłości.
Księżyc i gwiazdy, chmury i słońce,
Lody wciąż łamać, ciągle i ciągle,
Sił mi brakuje, o pomoc proszę!

Musisz mi pomóc, musisz mi pomóc,
Swoja miłością musisz mi pomóc,
Musisz pokochać mnie więcej,
Bliżej wyciągnąć kochane ręce
Musisz!

Musisz mi pomóc, musisz mi pomóc,
Swoja miłością musisz mi pomóc,
Musisz pokochać mnie mocniej,
Żebym się nie mógł w głęboka wodę
Rzucić!

 

My to nie wiem co chcemy

My to nie wiem co chcemy
ale ja bym się tak narodził
z ptaków ostatni raz
i do gajów oliwnych a gościnnych niemniej
syna przenosił i miłego mu konia

a potem to bym się mógł już sam świętować
i spalać a zapominać powoli
coraz wyżej do słońca i wyżej
jak do studni gdzie nafta
i płomień moich włosów schodzący

 

Nie brookliński most

Rozdzierający
Jak tygrysa pazur
Antylopy plecy
Jest smutek człowieczy.

Nie brookliński most
Ale przemienić
W jasny, nowy dzień
Najsmutniejszą noc -
To jest dopiero coś!

Przerażający
Jak ozdoba świata
Co malignie bredzi
Jest obłęd człowieczy.

Nie brookliński most
Lecz na drugą stronę
Głową przebić się
Przez obłędu los -
To jest dopiero coś

Będziemy smucić się starannie
Będziemy szaleć nienagannie
Będziemy naprzód nieprzestanie
Ku polanie

 

Niebo To Jednak Studnia

Niebo to jednak studnia
a więc tyle cembrowin
ile smutku i gwiazd
Lecz najsmutniej jest wtedy
kiedy skalpel księżyca
otwiera obłok
jak brzuch delfina

 

Noc albo oczekiwanie na śniadanie

Ty się pochyl róża-bóg
ty się do mnie pochyl
i na ucho jak kolczyk róża-bóg

Moje ucho ma dzban
z niego pić tylko tobie nikomu
a twój kolczyk jak ucho ma dzban

O modlitwę mnie wabisz o, wabisz
że błysk noża
w najpiękniejsze serce kozy

Z tobą czystość zachować to gorzej
Każdy lew by się spalił już dawno
las popiołu z jego grzywy nic więcej

Ty się pochyl róża-bóg
ty się do mnie pochyl we mnie

Wytryśniemy jak słońce wytryśnie

 

Odnalazły się marzenia...

Odnalazły się marzenia
które włożyłem kiedyś
do dziurawej kieszeni
gdy noc
wielka wrona
leciała do rzeki przejrzystej-dobrej
Tamtej nocy
nietoperze pożarły wszystkie gwiazdy
białe motyle
zostały tylko czarne motyle
Prawda była wtedy jak księżyc
toczący się po gładkim zwierciadle
przez cztery tygodnie
Odnalazły się marzenia
gruby kij dębowy

 

Pejzaż

Usypia horyzont w kąciku twych ust
i powracają chmury i słońce
łagodniejsze półwyspy prosić
o miękkie nory twoich oczu

W dalekich krajach
białe dłonie mnichów
zarzynają młode daniele
i na kamiennych posadzkach swoich domów
rozkładają skóry miękkie
dla jednej stopy twojej

Rano kiedy szyje podnosisz leniwie
ręce złodzieje podsuwają ci
grzebienie z kości słoniowej
i najpiękniejsze konie
przybiegają pod okno

 

Piosenka dla juniora i jego gitary

Gdy pokłócisz się z dziewczyną
(Nie życzę ci, lecz różnie jest),
Nie chciej zaraz marnie ginąć;
Zaufaj mi przekonasz się:

Skocz w pudło gitary
I tam rozłóż się obozem.
Skocz w pudło gitary,
Ratunkowym ona kołem.
Przeczekaj nachalną nawałnicę,
Wyjdź potem ze słońcem na ulice!

Gdy ci będzie jakoś nie tak
(Nie życzę ci, lecz różnie jest),
Gdy ta słynna smuga cienie
Przypęta się, przerazi cię:

Skocz w pudło gitary
I tam rozłóż się obozem.
Skocz w pudło gitary,
Ratunkowym ona kołem.
Przeczekaj nachalną nawałnicę,
Wyjdź potem ze słońcem na ulice!

Aż cię znowu noc dopadnie
(Nie życzę ci, lecz różnie jest),
Ciemny Bóg się tobą zajmie,
Lecz wtedy ty wywijasz się:

Skocz w pudło gitary
I tam rozłóż się obozem.
Skocz w pudło gitary,
Ratunkowym ona kołem.
Przeczekaj nachalną nawałnicę,
Wyjdź potem ze słońcem na ulice!

I pomóż słońcu!
I pomóż słońcu!
I pomóż słońcu lśnić!

 

Piosenka, której nie da się przestać śpiewać

Słońcem byliśmy!
Cieniem jesteśmy!
Słońcem będziemy!
Dziećmi swych dzieci!
da capo senza fine

 

Pojedynek

Obcęgi dziejecie się znowu
pomiędzy uszami w tych muszlach
a gdzie są talerze szerokie baseny
one ciało moje jak ryba na talerzu
obcęgi pozwólcie mi trochę wakacji

pozwólcie czułości mnie też się należy
obłoki że powiem chociażby
obłoki to zaprzęg jest psów
który sanie ciągnący za włosy
ale miękko dość bardzo i wdzięcznie

obcęgi - obłoki
dziękuję za trochę wakacji

 

Przebyłem noc właśnie...

Przebyłem noc właśnie i nikt mnie nie wita
nikt mi żaden nie mówi - bądź pozdrowiony
bądź na śniadaniu tako na wieczerzy
a sen niech cię ma między tym a tamtym

Przebyłem noc właśnie i nikt mnie nie wita
a pracowałem ciężko nad szukaniem
nad wyszukaniem tych bram nieśmiertelnych
tych bram zatraconych poszukując

Przebyłem noc właśnie i nikt mnie nie spyta
nikt mnie żaden nie spyta - jak ci się szło
jak też ci się szło przez czarne listowie

Przebyłem noc mówię i jestem zmęczony
nie odwiedził mnie faun ani anioł stróż
ani też najmniejszy robaczek świetlisty

 

Róża

W ogrodzie nocą chochoł to król
a narzeczona jego magiczna
o łaskę króla ją pielęgnować
a mnie to już nikt dawno tak bardzo
dawno tak bardzo już nikt
nie pielęgnował
czy ja jestem blacha albo tygrys
że mnie to już nikt dawno tak bardzo
nie pielęgnował
albo to ja mam sklep korzenny sklepik
żebym się sam niedziela po niedzieli
pod ladą pielęgnował
w ogrodzie nocą chochoł to król
a narzeczona jego magiczna
to może tak jutro magicznie
o łaskę króla mnie pielęgnować

 

Skóry twoje skąpane od wewnątrz...

Skóry twoje skąpane od wewnątrz
skóry moje skąpane od wewnątrz

choć wiatry te same obejmują nam boki
choć wiatry te same otwierają nam boki

co my sobie dać

Które psy twoje nie opuszczą pana
które psy moje nie opuszczą pani

choć śniegi te same suną nam zaprzęg
choć śniegi te same piękny nasz zaprzęg

co my sobie dać

Jakie pokoje twoje dla mnie groty i sen
jakie pokoje moje dla ciebie groty i sen

choć niebo błękitne nad igliwiem
choć niebo błękitne nad nami

 

Uspokojenie

Wydarzyła mi uspokojenie ta chwila
i kamień odwalić od tajemnic
i kamień odwalony ucałować
i zajrzeć w jaskinie moje tajemnice

Cicho jest niepomiernie i mężność
w domostwach moich kościach
w krąg obiegły mnie dziwne zwierzęta
tańce wolne odprawiać radosność

Nieprzebrana jest chwila wiersza łaska
która mi skinąć bym w sobie popadł
i tam ujrzanym więcej nie płakał
i podziękował weselnym raz płomieniem

i wyszedłem na łąki

 

Włosy

Rzeka przepływa
miedzy oczami ryb
jak tęcza
albo niezagojone ciecie po nożu

Pływają po niej
wielkie serca baobabów
koła wozów
rogów utopionych jeleni

Moje łzy
jak okruchy chińskiej porcelany
toną wirując powoli

 

Wypłakałem oczy niebieskie

Wypłakałem za tobą
Oczy niebieskie, królewskie i pieskie;
Wypłakałem za tobą
Morze ogromne, lubowne, żeglowne:

Po tym morzu ty płyniesz,
Do mnie ty płyniesz,
Do mnie!

Niech cię dobre bogi!
Niech cię dobre wiatry!
I obłoki białe, dobre!
Wszystko dobre, piękne, modre!
Na wybrzeżu ja tu stoję,
Słyszysz, modlę się i modlę!

Wypłakałem za tobą
Oczy niebieskie, królewskie i pieskie;
Wypłakałem za tobą;
Morze ogromne, lubowne, żeglowne:

Po tym morzu odpływasz,
Ode mnie odpływasz,
Ode mnie!

Niech cię dobre bogi!
Niech cię dobre wiatry!
I obłoki białe, dobre!
Wszystko dobre, piękne, modre!
Na krawędzi ja tu stoję,
Gdy poruszę się, to po mnie.

 

Zapach wosku...

Zapach wosku
miała tylko moja żona
i deszcz różany
który mi obiecali aniołowie
o palcach smukłych
jak szyje niektórych jeleni
zarzynanych
w odpowiedniej porze królestwa
albo księżyca

 

Życie to nie teatr

Życie to jest teatr, mówisz ciągle, opowiadasz;
Maski coraz inne, coraz mylne się zakłada;
Wszystko to zabawa, wszystko to jest jedna gra
Przy otwartych i zamkniętych drzwiach.
To jest gra!

Życie to nie teatr, ja ci na to odpowiadam;
Życie to nie tylko kolorowa maskarada;
Życie jest straszniejsze i piękniejsze jeszcze jest;
Wszystko przy nim blednie, blednie nawet sama śmierć!
Ty i ja - teatry to są dwa!
Ty i ja!

Ty - ty prawdziwej nie uronisz łzy.
Ty najwyżej w górę wznosisz brwi.
Nawet kiedy źle ci jest, to nie jest źle.
Bo ty grasz!

Ja - duszę na ramieniu wiecznie mam.
Cały jestem zbudowany z ran.
Lecz kaleką nie ja jestem, tylko ty!

Dzisiaj bankiet u artystów, ty się tam wybierasz;
Gości będzie dużo, nieodstępna tyraliera;
Flirt i alkohole, może tańce będą też,
Drzwi otwarte zamkną potem się.
No i cześć!

Wpadnę tam na chwilę, zanim spuchnie atmosfera;
Wódki dwie wypiję, potem cicho się pozbieram;
Wyjdę na ulicę, przy fontannie zmoczę łeb;
Wyjdę na przestworza, przecudowny stworzę wiersz.
Ty i ja - teatry to są dwa.
Ty i ja!

Ty - ty prawdziwej nie uronisz łzy.
Ty najwyżej w górę wznosisz brwi.
I niezaraźliwy wcale jest twój śmiech.
Bo ty grasz!

Ja - duszę na ramieniu wiecznie mam.
Cały jestem zbudowany z ran.
Lecz gdy śmieje się, to wkrąg się śmieje świat!